Anomalia Europa

Przeczytałam dzisiaj w TP artykuł Dziwny jest ten świat a w nim:

W rezultacie napisałem książkę o tym, że żyjąc w Europie, zbyt optymistycznie patrzymy na naturę ludzką. Wystarczy otworzyć okna, wpuścić do domu Czeczena, wyjrzeć poza Europę i nagle się widzi, że ta Europa jest jakąś anomalią. Przepiękną, ale anomalią. I wtedy pojawia się lęk, bo anomalie nie trwają długo. A ta trwa już zadziwiająco długo.

Krzysztof Środa

Read more

Spójrz na mnie

Kiedyś, dawno temu, chciałam nauczyć czegoś moją młodszą siostrę. 4 lata różnicy w naszym wieku dawało mi pewną złudną przewagę, ale nie dość dużą, bo jakoś nie chciała słuchać. Postanowiłam sięgnąć po ostateczny argument: „Tego nauczyła mnie Mama!”. Gosia, jak to Gosia, nie ugięła się nawet pod takimi poważnymi racjami i odrzekła zirytowana: „Ja chcę, żeby mnie też nauczyła!”

To była jedna z wielu lekcji, których udzieliła mi moja młodsza siostra (buziaczki Gosiu, jesteś super siostrą!). Po pierwsze, żebym mogła kogoś uczyć, ten ktoś musi chcieć przyjąć wiedzę ode mnie. Mogę być wirtuozem, ale ważna jest postawa i decyzja tego, kto ma przyjąć coś. Po drugie, proces uczenia się od kogoś jest czymś ważnym i wyjątkowym, buduje więź i z więzi wynika. Gosia chciała spędzić czas z Mamą, chciała słyszeć jej głos i czerpać z jej doświadczeń. Wiecie ile dobrych emocji wiąże się z takim spotkaniem? Jak miło jest być z kimś ważnym, jak to dobrze mieć swój autorytet? To pewnie trochę jak zakochanie.

Inna scenka z mojego dzieciństwa. Robiłam surówkę na obiad, Mama była w kuchni. Starłam warzywa i umyłam tarkę. Gdy ją płukałam, Mama powiedziała: „Bardzo lubię, jak od razu myjesz tarkę i nie zasycha.” To było ze 20 lat temu jak nie więcej i wiecie co? Ja do dzisiaj myję ją od razu i robię to z przyjemnością, bo przypomina mi to dobre uczucia, jakie wtedy, wraz z mamy komunikatem, obudziły się we mnie. Jak myślicie, Mama pamięta tamto wydarzenie? A ja jak długo będę pamiętała? I zgadnijcie czego nauczyłam swoje dzieci w kontekście używania tarki w kuchni?

Amerykańscy naukowcy postanowili zbadać przebieg procesu przypominania sobie czegoś. Biorącym udział w badaniu trzyosobowym grupom pokazano krótki film, który każdy z członków musiał opowiedzieć. Następnie badani albo rozmawiali na temat filmu w bezpośrednim kontakcie, siedząc naprzeciwko siebie, albo dyskutowali z pozostałymi osobami z grupy za pośrednictwem komputera. Po zakończeniu dyskusji ponownie zapytano każdego z uczestników eksperymentu o szczegóły filmu. Okazało się, że wynik wspólnego przypominania odpowiadał prawdzie w większym stopniu niż to, co pamiętał każdy z osobna.

Po jakimś czasie zbadano po raz trzeci liczbę zapamiętanych szczegółów. Dokładność zapamiętywania była teraz lepsza u tych osób, które wcześniej dyskutowały z innymi w bezpośredniej rozmowie. A więc nie jest to bez znaczenia, czy kontakt z grupą, w której uczymy się nowych treści, jest realny, czy mamy jedynie do czynienia z wirtualną grupą w internecie. Jest bowiem sprawą oczywistą, że bezpośredni osobisty kontakt z drugim człowiekiem dostarcza znacznie więcej bodźców oraz skutkuje głębszym i bardziej emocjonalnym ich przetwarzaniem niż ograniczona (zubożała) wymiana myśli za pomocą monitora i klawiatury.

Z tego, co wiemy dziś na temat przetwarzania informacji przez człowieka, wynika, że osiąga ono najgłębszy poziom w dialogu lub dyskusji. Jesteśmy istotami społecznymi i właśnie dlatego tak chętnie – przez wiele godzin dziennie – rozmawiamy z innymi. Jednak w życiu wielu młodocianych tę bezpośrednią wymianę myśli z rówieśnikami zastępują portale społecznościowe. Mimo krzykliwych, kolorowych form tego typu kontaktów w pamięci użytkownika pozostaje mniej treści niż wtedy, gdy spotyka się z realnymi ludźmi.

To cytat z „Cyfrowej demencji”, Manfreda Spitzera. W zasadzie chyba nie wymaga komentarza. Jedyne co mi się pomyślało to to, że po pierwsze teraz rzeczywiście coraz trudniej spotkać partnera do rozmowy, po drugie, przypominam sobie, jak moja Mama – znowu Ty, Mamuś, nawet nie wiesz ile we mnie Ciebie – opowiada o swoim liceum, o dyskutowanych lekcjach polskiego, o rozmowach na każdy temat. Jak ja chodziłam do szkoły dziwiła się, że tak mało w niej rozmawiamy i dyskutujemy, a przypominam, że ja jestem stara, kończyłam 8 klas podstawówki, 4 lata liceum i na maturze z polskiego musiałam wypowiedzieć się w formie pisemnej na zadany temat, żadnych skrótów i pytań zamkniętych, żadnych testów, więc jednak mnie ktoś jeszcze dyskusji uczył.

Polecam książkę, którą tutaj cytowałam. Pewnie jeszcze pojawi się w moich postach, jak czas pozwoli. Miło mi też będzie przeczytać co Ty myślisz na ten temat, jakie skojarzenia w Twojej pamięci budzi mój tekst, poniżej jest możliwość dodania komentarza. Pozdrawiam!

[buybox-widget category=”book” name=”Cyfrowa demencja” info=”Manfred Spitzer”]

„…i nigdy nie chodziłem do szkoły” Andre Stern

„W świecie informatyki, którą młode pokolenia mają już w zasadzie we krwi, samoucy są wszechobecni i nikt się temu nie dziwi. To, co nie budzi zdumienia w tak rozległej dziedzinie, nie powinno też dziwić w innych obszarach edukacji.”

To prawda. W naszym zawodowym programistycznym życiu nie udało nam się jeszcze spotkać kogoś, kto nie byłby samoukiem. Nawet na studiach.

„..bardzo wymowne jest to, że dzieci dzisiaj pytają: „Kupisz mi…?” – zamiast – „Podarujesz mi?” „

Nasze też pytają o kupowanie. Postanowiłam zmienić swoje słownictwo, bo to ja przecież mówię: „kto Ci to kupił?”, „od kogo dostałeś?”, „tata ci kupił, a podziękowałeś tacie?”. Od teraz jest: „o, jakie piękne x dostałeś od taty!”. „A to jest prezent od cioci.”, „Babcia podarowała ci..”.

„Nasi rodzice nie próbowali ani nas przechytrzyć, ani odgrywać przed nami scen. Nie popadali w bezsensowną gadaninę, nie uciekali się do podstępów i nie targowali się z nami. W naszym domu nigdy nie padło podobne zdanie: ‚Jeśli to zrobisz, dostaniesz to lub tamto!’
Rodzice nigdy nie byli naszymi przeciwnikami, nie działali wbrew nam, my zaś nie byliśmy w stosunku do nich podejrzliwi i nie obawialiśmy się, że będą się mieszać do naszych spraw. Jeśli mówili ‚nie’, wiedzieliśmy, że musiał być ku temu ważny powód, nawet jeśli nie był on dla nas do końca jasny. Posłuszeństwo – to okropne, ale przecież lubiane słowo – nie było aktem poddania się, ale naturalnym efektem wielkiego zaufania, jakim darzyliśmy naszych rodziców.”

Zawsze miałam poczucie, że można być nawet z najmniejszym dzieckiem na zasadzie partnerskiej. I takie, że w zasadzie potwornie śmieszni jesteśmy próbując manipulować naszymi inteligentnymi dziećmi.
Antek z Zosia, gdy rozumieją dlaczego coś powinny zrobić, robią. Tak po prostu. Oddają zabawki w połowie zabawy, schodzą z placu zabaw na jedno wołanie.. Kochane są <3
Taka myśl uzupełniająca: żeby dzieci mogły ufać rodzicom na takim poziomie, o jakim pisał, najpierw rodzice muszą zaufać swoim dzieciom. Muszą przestać rościć sobie prawo do wiedzenia lepiej od dziecka w każdej dziedzinie.

*******

Zdecydowanie polecam przeczytanie tej książki, bo daje świeże poczucie, że nie wszystko, co jest na świecie, musi być dokładnie tak jak jest, że można coś zmienić w obrębie swojego domu, swojej rodziny, że można żyć lepiej niż się od nas oczekuje, i że nikt nie ma prawa oczekiwać, żebyśmy żyli tak, czy inaczej. Opowieść Andre pokazuje nam, że możemy być sobą. To może dość mocno powiedziane, nie będę się kłócić o te słowa, ale myślę, że czytając tę książkę możemy odzyskać trochę ludzkiej godności, która pozwala nam wzrastać, uczyć się, kształtować nasze umysły, serca i sumienia własną pracą, której nie ograniczają ustawy o oświacie.

Czytajcie, kochani, czytajcie, bo warto!

[buybox-widget category=”book” ean=”9788365532008″]

Ekożona, ekorodzina, ekotęsknota

Przeczytałam! Tak po prostu: kupiłam sobie książkę, bo pomyślałam, że czasem może warto skoncentrować uwagę na czymś, co nie dotyczy ani dzieci, ani edukacji, ani programowania, tylko tak po prostu, no sami wiecie, żeby odpocząć, oderwać się, sprawić sobie przyjemność.

Dawne lektury już nie dla mnie: Mann i Dostojewski wymagają zbyt wiele uwagi i skupienia, bym dała radę czytać je w przerwach swojego wypełnionego gwarem, krzykami, przerywnikami i przytulasami trójdzietnego życia matki pracującej na etacie. Sięgam po coś innego, nowego, z założenia lżejszego. Opis znaleziony na prędce zachęca (i słusznie!):

Świat kobiet i świat mężczyzn od zawsze stanowią mieszankę wybuchową. I właśnie z takiego wielkiego wybuchu powstał związek Hedviki i Mojmira.

Ekożona stawia wiele aktualnych pytań: Czego oczekujemy od swoich partnerów? Jakie jest znaczenie porodu naturalnego? Co tak naprawdę oznacza życie w zgodzie z naturą i z samym sobą? Czy naturalny jest na przykład ogród? Albo małżeństwo?

Poruszane przez autora poważne tematy zostały ubrane w brawurową narrację. Szczerość, autoironia i humor sprawiają, że mamy do czynienia z powieścią niezwykle inteligentną i nowoczesną.

Ta książka rozbawi i pozwoli dowiedzieć się wiele o płci przeciwnej – zarówno kobietom, jak i mężczyznom.

OK, to jest coś! Brawurowa powieść, autor Czechem, o współczesności.. no i jednak (dobrze, przyznaję, o tym też pomyślałam) o małżeństwie, porodach i w ogóle o ważnych pytaniach.

Ja też stawiam sobie ważne pytania. To przecież oczywiste. Świadome życie, dokonywanie wyborów, krótka dorosłość poprzedzająca niechybną (oby) starość, wymaga stawiania sobie ważnych pytań, a co gorsze, również odpowiadania na nie. Więc pytam:

  • jak długo po urodzeniu dziecka powinnam zajmować się tylko dzieckiem, żeby ono było szczęśliwe?
  • jak długo po urodzeniu dziecka powinnam zajmować się tylko dzieckiem, żebym ja była szczęśliwa?
  • ile godzin dziennie mogę pracować, żeby nie stracić nic z dynamiki rozwoju zawodowego?
  • ile godzin dziennie mogę pracować, żeby nie stracić nic z dynamiki rozwoju moich dzieci?
  • czy myśleć o przechodzeniu na freelancerswo w pełni, czy jednak trzymać się firmy matki a dodatkowe projekty wplatać w czas wolny (jaaaaki?)?
  • a może dodatkowe projekty spuszczać po brzytwie i odmawiać nawet znajomym? bo przecież to tyle czasu pochłania, a skąd ja go wezmę?
  • jaki rodzaj ruchu sobie zaaplikować po oderwaniu się od komputera i jak to zrobić, żeby zrobić?

bear-358166_1920Pytań jest dużo, więc sięgam po książkę tajemną, żeby poszukać inspiracji. I wiecie co? Wiecie? Znalazłam! Inną niż się spodziewałam, zaskakującą, momentami wręcz odrzucającą, niezmiennie wciągającą, wywołującą uśmiech i zdystansowanie. „Nie, takich kobiet nie ma, to się nie zdarza!’ – to była pierwsza reakcja. „Nie, takich mężczyzn nie ma, to się nie zdarza!” – to reakcja pierwsza ex æquo.

Tak, nie ma. Nie ma przecież naszych bohaterów: Mojmira i Hedviki, to tylko papier. Są jednak pytania o granice zaangażowania poza własne cztery ściany, pytania o uleganie wpływom, o uciekanie z domu, uciekanie od rozmów. o miłość, która czeka skulona, zamiast o siebie zawalczyć, o krótkie chwile które tak łatwo przeoczyć, zapomnieć, przeesemesować w ważnych sprawach, i to jedno najważniejsze pytanie: gdzie się podziała bliskość naszych bohaterów i czemu, czemu u licha żadne z nich o nią nie walczy. Przecież się kochają wbrew pokrętnej narracji.

To prawda, książka inteligentna i brawurowa, warta przeczytania, ciekawa, zabawna i lekkim stylem podająca fundamentalne prawdy w pytaniach, nie w odpowiedziach. Książka przestroga.

Polecam!

grass-1331703_1920 strawberries-1330459_1920