Rodzinka jak z reklamy, dom jak torebka Hermiony

Pamiętacie Hermionę, która zadawała się z Potterem. Tak, z Harry Potterem. Ona miała torebkę, do której pakowała wszystko, wszystko, wszystko. Bardziej wszystko niż my jesteśmy w stanie upakować. Tak sobie przypomniałam, czytając w internetach pytanie jednej z pań o to, jak to zrobić, żeby dwuletni artysta malarz nie był tłumiony w swojej twórczej pasji. No jak? I jak jeszcze pomieścić wszelkie inne jego pasje, jak gotowanie, czytanie, drzemanie w salonie i wiele, wiele innych?

Read more

Lato, lato, lato czeka

Wyszłam ostatnio z domu i nabrałam w płuca sierpniowego powietrza. Uświadomiłam sobie, że to moja ulubiona pora lata – gdy zieleń jest już dojrzała, ziemia nagrzana, ciążka od plonów. Świat kolejny raz zatoczył koło i z pełni będzie niebawem przechodził w jesienne słoty, kolory i zapachy. A potem już tylko zima, którą trzeba przetrwać, zachowując nadzieję, że w przyszłym roku też dane nam będzie przeżywać cudowne spokoje sierpniowych wieczorów. Read more

Liczenie

Gdy byłam dzieckiem biegałam po ogródkach działkowych i liczyłam do stu różne rzeczy, które się akerat nawinęły – liście jakiś badyli zielonych albo szprychy roweru, albo w ogóle liczyłam, bo liczyć trzeba było – do STU, żeby udowodnić, że jest się już dość dużą, by móc się bawić ze starszymi, którzy takie liczenie mieli w małym paluszku, a oni stali, słuchali i sprawdzali czy dobrze mowię kolejne liczby. Zwykle się udawało. Read more

Na chlebek, masełko i żelki

Tak się złożyło, że na chleb, masło i żelki zarabiamy przy komputerach. No trudno, różne nieszczęścia chodzą po ludziach, niektórych na przykład tykła technologia i muszą z tym jakoś żyć. Dyskusja zaczyna się, gdy dzieci nauczą się mówić (podobno tę dyskusje może przerwać tylko moja śmierć) i cykną się, że poza światem wielkiej poważnej pracy, komputer otwiera też świat płaskoekranowej rozrywki. I co wtedy? Read more

Świat musi być radosny!

Dzieci przechodzą kolejne etapy swojego rozwoju, a ja nieustająco się nimi zachwycam i rzucam się na te ich nowe światy tak, jakbym sama je odkrywała. To w sumie nie do końca tak jest z tym odkrywaniem, to raczej przypominanie sobie swoich własnych dziecięcych zachwyceń i zaciekawień, ale – z racji tego, że stara już jestem i mało z dzieciństwa pamiętam – bardziej jest to zachwycanie się tym, jak one poznają, ćwiczą, jak kształtują siebie, jak się starają, walczą z emocjami, są same dla siebie wyrozumiałe. To Antkowe: „To nic nie szkodzi, może jutro się uda. Może.”
Albo Zosine: „Jestem duża, dam radę, nie trzeba mi pomagać.”, żeby za chwilę zawołać: „Trzeba mi pomóc! Pomożesz mi?”
Moje!

Tematy ostatnich dni:

  • kolorowanie w swoim własnym stylu,
  • zainteresowanie przyrodą, gatunkami drzew,
  • geografia i ogólna wiedza o kontynentach i krajach,
  • flagi różnych państw – Światowe Dni Młodzieży w Krakowie sprzyjają,
  • doskonalenie mówienia,
  • ćwiczenie pisania (z tym nie jest łatwo),
  • nauka jazdy na rowerze, hulajnodze i rolkach,
  • fotografia
  • (…)

Ludzie, czy Wy wiecie ile niespotykanych rzeczy codziennie spotykamy!!!!????

Nauka jazdy na rowerze

Jeździ! Antek jeździ na dwukołowym rowerze! Sam! Yeah!

A było to dość prosto, o tak

Dwa lata temu (2.5 roku miał) kupiłam mu badziewny niskobudżetowy rowerek na allegro, który ciężko chodził i dzieciak nie miał siły pedałować. Odpuściliśmy dość szybko.

Rok temu (3.5 roku miał), badziewny rowerek z allegro zginął metodą rozsypania się przy próbie jeżdżenia nim. Bad luck. Kupiliśmy nowy rowerek w sklepie stacjonarnym, jedyny jaki mieli w jego rozmiarze, ten, co na filmie powyżej. Rowerek ma napisane po angielsku, że jest dla dziewczyn, ale Antek jeszcze nie umie czytać po angielsku, więc nie wie. (Zosia rowerkiem jeździć nie chce). Pojeździł na czterech, dopóki się kółka boczne nie rozsypały.

W tym roku (4.5 roku ma), ze względu na rozsypane kółka, zarządziliśmy, że uczy się jeździć. Wyszłam uczyć, ale schylanie się do tego rowerka jednocześnie biegnąc za nim nie było dla ludzi, a już na pewno nie dla mnie, więc kupiliśmy kij taki dokręcany do rury pod siodełkiem i jeździł. Tylko my wredni rodzice jesteśmy i łapaliśmy za kij jedynie w ostateczności, normalnie trzymając go bardzo, bardzo lekko. Jak dzieciak tracił równowagę, to tracił, my tylko łagodziliśmy upadek (w ten sposób nigdy nic mu się nie stało, mimo kilku wjazdów w krzaki, lądowań awaryjnych i innych nieszczęść).

W momencie, w którym równowagę już łapał w trakcie jazdy, zdemontowaliśmy kij, bo wymuszał podniesienie siodełka o kilka centymetrów. Na filmiku jest efekt pięciu minut bez kija. Po prostu chłopak jeździ. Ma tylko problem z pedałami – nie umie sobie ustawić ich do startu, więc jak już stanie i nikt mu nie pomoże, woli iść z rowerem niż jechać. Ale to kwestia tylko i wyłącznie wprawy.

Jestem dumna!

Teraz uczymy Zosię jeździć na rolkach, bo z jakiegoś powodu na rowerze nie chce.

PS. Te rodzinne wycieczki rowerowe! <3

PS2. A tutaj są zdjęcia z niskobudżetowym rowerkiem z allegro: Wspomnienie jesieni

Co się mieści w sercu?

Narysowałam z rana serce, wpisałam w środek: Antoś, Zosia, Tomek, Tata. Dorysowałam siebie trzymającą to serce (dobra, dobra, wyobraźnia jest potęgą, odwzorowywanie rzeczywistości rysunkiem średnio mi wychodzi) i wyjaśniłam Najstarszemu, że mama kocha tatę i dzieci.

IMG-1460274569248-VMłody popatrzył, wziął długopis i narysował serce, potem wpisał w środek swoje imię. Pytam, czy kocha siebie. Nic nie mówi, myśli, w końcu wypala:

– Umiesz napisać Sara?
– Tak.
– To napisz tutaj (w środku serca).

Napisałam.

– Kochasz Sarę?

Pomyślał jeszcze chwilę i dopisał „mama”. Jakimś cudem się zmieściło. Póki co jeszcze się mieszczę…

IMG-1460274530242-V

 

Pisząc drugie M dodał: „takie trochę mniejsze, ale to nie szkodzi”.

Nie synku, nie szkodzi, to naturalne.. tylko czemu cholera tak wcześnie???

Ojcostwo pociąga

Kajzarowie to jeden organizm składający się z piątki różnych ludzi.
Wielką radością są dla mnie dzieci, lubię patrzeć jak rosną, zmieniają się, śmieją, jakie miny robią,
nawet jak rozrabiają (co się potem nasprzątam po tych zagapieniach!).

Ale macierzyństwo to nie tylko zachwyt nad małymi ludźmi.
To też, a często i przede wszystkim, zachwyt nad tym jednym człowiekiem,
który mi moje macierzyństwo podarował.

Lubię stawać z boku i patrzeć, jak jest ojcem.
Jest i staje się nim z każdym przytuleniem, po każdym kopniaku zafundowanym przez dzieci,
przy okazji zmęczenia, gdy tłumaczy im świat, gdy się z nimi bawi,
gdy stara się przetrwać do chwili, w której w końcu usną, gdy usypia z nimi albo i wcześniej.

Oto efekt tych moim zapatrzeń. Aparat nie jest w stanie złapać wszystkich obrazów,
które widziało moje serce, ale tych utrwalonych cyfrowo też się trochę znalazło 🙂

Cieszcie się ojcami swoich dzieci, jeśli tylko możecie.
To niesamowite widzieć trud Ojca Polaka z bliska, dzień po dniu, w blaskach i cieniach, spokoju, systematyczności i nerwach. W walce z samym sobą. Pociągające.