Dobry kotlet nie jest zły

A  przypomniał mi się stary filmik z cyklu kuchnia wielodzietnych.

Filmik powstał po tym, ja obudziło mnie radosne:

– Mamo! My zrobiliśmy jajko do kotletów!
– Jajko?
– Taaaaak!
– Ale do kotletów? Macie mięso?
– Nie.
– A będzie te kotlety też robić?
– Tak!
– A do sklepu po mięso też idziesz?
– Y.. ty pójdziesz?
– Nie, ja na pewno nigdzie nie idę.
Bieg do kuchni:
– Tato! Trzeba iść do sklepu, ja będę robił z mamą kotlety!

Więc kotlety robiły się od rana, a mama w piżamie dokumentowała ten niecny proceder.

Sekrety wielodzietnych. Karmienie.

Podobno bardzo dużo pracy jest z jednym dzieckiem. Jestem przekonana, że to prawda. Taki dzieciak to istny zawrót głowy. Dlatego mam ich więcej. Sekret tkwi w tym, żeby od początku przyuczać je do wyręczania mnie. Dzisiaj zdradzę jak wykorzystuję Antka:

I żeby nikt nie pomyślał, że to sporadyczne, że tylko teraz, bo jest starszy czy coś, dowód że robię tak od dawna jest, o proszę bardzo:

Więc pamiętajcie: żadne dziecko nie jest za małe, żeby pomagać w domu!

 

Wielodzietność i zazdrość

Trochę mi ręka drży jak piszę o nas, żeśmy wielodzietni, bo co to za wielość ta trójeczka grzecznych, słodkich aniołków (piszę tak, bo 2/3 z nich śpi, a 1/3 spędza czas z tatusiem 😀 – z takiej perspektywy to można, wybaczcie).

Kiedy rodziła się Zosia – druga, Antek jeszcze nie umiał chodzić. Miał skończyć roczek za kilka dni. Całe swoje życie spędził ze mną, prawieże „tylko ze mną”, a tu miało pojawić się maleństwo. Bałam się wybuchów zazdrości, a jeszcze bardziej zdradzieckiej zazdrości, która zamiast wybuchać, podżera człowieka od środka. Mojego małego człowieka, małego Tosia.

Bać się rzecz ludzka i naturalna, rozsądnie jest zrobić coś, by ryzyko ziszczenia się najgorszego minimalizować, więc przystąpiłam do dzieła: nigdy nie powiedziałam synowi, że nie mam dla niego czasu, bo muszę zając się małą. Choćby nie wiem co się działo, zawsze poświęcałam uwagę. Zwykle jedno tuliłam, a z drugim rozmawiałam. Podczas karmienia piersią, zawsze zagadywałam Antoniego, interesowałam się tym, co robi, chwaliłam itd. Gdy zajmowałam się Młodszą, opowiadałam Starszemu co robię, włączałam go w opiekę, tłumaczyłam, że jeszcze niedawno nim też się tak zajmowałam i on też nie umiał jeszcze chodzić, podnieść głowy itd. Zresztą był to czas, kiedy Antek też jeszcze był pieluchowy, więc przynajmniej nie było zazdrości o te chwile.

Zazdrości w ogóle nie było. Była miłość od początku. I wielka, wielka wyrozumiałość Antka względem Zosi. Do dziś jest dla niej wyrozumiały.

Teraz urodził się Najmłodszy (na kilka dni przed czwartymi urodzinami Antka i trzecimi urodzinami Zosi). Powtarzam mechanizm dzielenia uwagi. Czasem pozwalam Najmłodszemu chwilę czekać, nie porzucam natychmiast Starszaków, gdy tylko Osesek piśnie, włączam dzieci w opiekę, ale nie przerzucam na nich swoich obowiązków – jak nie chcą pomóc, nic się nie dzieje, radzę sobie sama. Tłumaczę, wyjaśniam. Dużo dopytują.

Zazdrości nie ma.

Czasem jest większa potrzeba tulenia się. Wbijają się we mnie, w Tatę, ale to jest ok. Swoją potrzebę tulenia wrażają też względem siebie i względem Najmłodszego. Aż trudno uwierzyć, że tak gładko poszło, więc podpuszczam któregoś dnia Antka:

– Słuchaj, a Ty nie chciałbyś mieć mamy i taty tylko dla siebie? – patrzy na mnie zdziwiony – Wiesz, bo teraz masz jeszcze siostrę i brata, a mógłbyś być sam w domu i wtedy byłabym tylko Twoją mamą, i Tata byłby tylko Twój, nie chciałbyś tak?

Popatrzył na mnie swoimi zdziwionymi oczami, jakby nie rozumiał o czym ja w ogóle mówię i zmienił tor rozmowy:
– Ja chcę mieć jeszcze jedną siostrę.

Dziękuję, pozamiatane.

Wielodzietność – z podziwem czy litością będą patrzeć?

Wielodzietni – to brzmi dumnie!

A przynajmniej ja tak uważam.

Od kiedy pojawił się Tomasz, czuję potrzebę konfrontowania się z tymi, którzy uważają inaczej i też od tego czasu, od kilku miesięcy, dojrzewa we mnie myśl, żeby napisać post na ten temat. O tym, że to nasza sprawa, że to tak indywidualna i tak osobista decyzja, że nikt nie ma prawa się wtrącać, o tym, że nie można w kategoriach zmęczenia rozpatrywać sensowności przedsięwzięcia wychowania gromadki dzieci miast jednego czy dwojga tak samo, jak nie można maratończykowi powiedzieć, żeby biegał sobie po kawałku przez pół roku, to się tak nie zmęczy. Radość z przebiegnięcia maratonu jest inna niż z systematycznego biegania po kawałku. Po prostu „inna”, nie wartościuję.

Mijały miesiące, zmieniały się koncepcje aż dzisiaj w końcu doszłam do wniosku, że nie ma najmniejszego sensu pisać apologii stylu życia wielodzietnych. Po co? W końcu, skoro to tak prywatna i osobista sprawa, że nikt nie ma prawa się wtrącać, to też i dyskusje nie są uzasadnione. Uzasadnione jest świadectwo i mówienie o tym dobru, którego doświadczamy. To, czy ktoś patrzy na nas z podziwem czy litością, odzwierciedla tego kogoś obawy i nadzieje, ale nie nasze doświadczenie.

A tak w ogóle, poza tym, to co to za wielodzietność trójka?

81c7aa840ee159c74afa119d600c3062aeea9576dd664e440bc59f7c28223892

Czy jest coś fajniejszego niż ich miłość?